W Nim było życie

Początek relacji między ludźmi może być nieznany, niepewny, nieśmiały. Nie wiem kim jest ten drugi człowiek. Kiedy jednak odkrywamy, że posiada podobne jak ja potrzeby, pragnienia, że łączy nas tysiąc razy więcej spraw niż dzieli, wtedy może stać mi się bliskim. Gdy dostrzegam, że wyznaje te same wartości, a hasło: „Bóg Honor Ojczyzna” nie jest pustym sloganem, wiem, że to bratnia dusza. Początek istnienia Boga jest niepojęty; ale jedno można w tym zrozumieć: to początek pra-przyjaźni Boga z człowiekiem.

+Veni Sancte Spiritus!                                                2 nd po Narodzeniu Pańskim rok A

Syr 24,1-2.8-12; Ps 147; Ef 1,3-6.15-18; J 1,1-5.9-14                        4 stycznia 2026

Bracia i Siostry w Chrystusie!

Dzisiejsze słowo o Logosie prowadzi nas do poznania korzeni naszej przyjaźni z Bogiem. Chcę się podzielić niezwykle głębokim, pięknym językowo tekstem św. Grzegorza z Nazjanzu, kapadockiego ojca Kościoła, który jako starożytny pisarz chrześcijański opisał pokrótce historię swej przyjaźni z innym wybitnym ojcem Kościoła, św. Bazylim Wielkim. Ta głęboka zażyłość była tak silna i uporządkowana, gdyż jej korzeniem była miłość Boga i kapłańska, biskupia służba Kościołowi. Ośmielam się przedstawić ten tekst cytując go z brewiarza ze wspomnienia na 2 dzień stycznia:

Mowa pochwalna św. Grzegorza z Nazjanzu, biskupa, na cześć św. Bazylego Wielkiego

(Mowa 43, 15. 16-17. 19-21) Byliśmy jakby jedną duszą w dwóch ciałach

Ateny złączyły nas, jak jakiś nurt rzeczny, gdy płynąc z jednego ojczystego źródła, porwani w różne strony żądzą nauki, znowu zeszliśmy się razem, jakbyśmy się umówili, gdyż Bóg tak zrządził.

Wówczas to właśnie nie tylko ja sam z uszanowaniem traktowałem mojego wielkiego Bazylego, widząc powagę jego obyczajów i dojrzałość umysłu, lecz także do podobnego zachowania się skłaniałem i innych młodzieńców, którzy go jeszcze nie znali. Bo u wielu, którzy już przedtem o nim słyszeli, od razu budził szacunek.

Cóż z tego wynikło? Chyba tylko on jeden spośród wszystkich przebywających na studiach uniknął powszechnego obrzędu wprowadzenia; uznano bowiem, że należy mu się więcej czci niż zwykłemu nowicjuszowi. To był początek naszej przyjaźni. Stąd wyszedł płomyk naszego uczucia; tak związała nas wzajemna miłość.

Gdy zaś po pewnym czasie wyznaliśmy sobie nasze wspólne pragnienie, by szukać właściwej filozofii życia, odtąd staliśmy się dla siebie wszystkim, żyjąc pod jednym dachem, dzieląc jeden stół, jako nierozłączni przyjaciele. Mieliśmy oczy zwrócone na jeden cel i stale rozwijaliśmy w sobie nawzajem nasze dążenie, tak by się stawało coraz gorętsze i mocniejsze.

Wiodły nas jednakowe nadzieje co do przedmiotu budzącego zwykle najwięcej zawiści; mam tu na myśli sztukę wymowy. Jednak zawiści nie było, współzawodnictwo zaś traktowaliśmy poważnie. A walczyliśmy obaj nie o to, kto będzie miał pierwszeństwo, lecz kto ma drugiemu ustąpić, gdyż każdy z nas uważał sławę drugiego za własną.

Mogło się wydawać, że obaj mamy jedną duszę, która podtrzymuje dwa ciała. I jeżeli nie należy wierzyć tym, którzy mówią, że wszystko zawiera się we wszystkim, to tym bardziej wierzyć nam, że jeden był w drugim i obok drugiego.

Obaj mieliśmy jeden cel: uprawianie cnoty, życie dla przyszłych nadziei i oderwanie się od tego świata, zanim z niego odejdziemy. Wpatrzeni w ten cel, kierowaliśmy według niego naszym życiem i wszystkimi uczynkami, prowadzeni w ten sposób Boskim przykazaniem, doskonaląc się wzajemnie w cnocie, i jeżeli to nie za wielkie słowa, byliśmy dla siebie wzorem i normą, za pomocą których rozróżnia się dobro od zła.

Chociaż więc inni noszą różne imiona czy to po ojcu, czy własne, od swych zawodów lub czynów, to my uważaliśmy za wielki zaszczyt i wielkie imię być i nazywać się chrześcijanami.

Dodaj komentarz